wtorek, 12 maja 2015

* Rozdział 5. - Krzyk Ziemi

       Czy kiedykolwiek pragnęliście umrzeć? Po prostu zniknąć z tego świata? W sposób naturalny czy drastyczny. Jakikolwiek. Czy kiedykolwiek, w jakikolwiek sposób pragnęliście śmierci?
       Niektórzy z was może i tak. Taki mały, młodzieńczy bunt i kryzys...
       Ja każdego dnia idę spać z nadzieją, że już się nie obudzę. Że umrę we śnie i już nigdy więcej nie będę musiała patrzeć na ten świat. Codziennie rano budzę się z pragnieniem, że to jest ten stan pośredni między życiem a śmiercią, że gdy otworzę oczy będę już martwa.
       I codziennie rano przeżywam na nowo rozczarowanie, że jednak nie odeszłam.
       Próbowałam wyręczyć śmierć, kilkakrotnie przecinając żyły. Trułam się tabletkami. Próbowałam się utopić, zabić skacząc z bloków, a nawet powiesić.
       Wszystko na nic.
       Gdy kładłam się na tory lub drogi wszystkie pojazdy same stawały przed dojechaniem do mnie.
       Śmierć mnie nie chce. Albo Matka Ziemia nie chce mnie oddać w jej ręce.
       Ludzie nie chcą mnie na tym świecie, a ja, jakby się z nimi zgadzając, desperacko pragnę z niego zniknąć. Ale moje ciało, na przekór mojemu umysłowi, nie pozwala odejść mi stąd we śnie. A Matka Ziemia nie pozwala niczemu mi w tym pomóc.
       W jakiś sposób moja istota związała się z nienawidzącym mnie światem. I mimo tego, że nie zależy jej na tym, co się ze mną stanie, nie pozwala mi także zakończyć tego wiecznego bólu.
       Bólu życia... 

       Wchodzę do domu z pomocą Petera. Pokonanie nawet tych kilku stopni wydaje się mi nadludzkim zadaniem. Powrót do względnej formy zajmie mi pewnie z tydzień. Jak zawsze. Najgorszy będzie moment całkowitego odejścia morfiny z mojego  organizmu. Przeżyłam go już kilkadziesiąt razy, a nadal jest on dla mnie równie szokujący.
       Daję bratu znak, aby pomógł mi wejść na górę, do pokoju. Mój pokój to jedno z nielicznych miejsc, w których czuję się dobrze. W miarę normalnie.
- O nie. Najpierw coś zjesz. Wyglądasz jak trup. Czy ty tam w ogóle coś jadłaś?
       Wzruszam ramionami. Przy lekach, które mi podają, najczęściej odżywiają mnie kroplówkami. Po takich dawkach prochów, które przyjmuję, mój żołądek prawie wszystko zwraca. Przyzwyczaiłam się do życia na płynach.
- Nie wejdziesz do pokoju dopóki czegoś nie zjesz.
       Zanosi mnie do salonu i kładzie na kanapie. Wystrój tego pomieszczenia nigdy nie robił na mnie wrażenia. Jego przesadnie ozdobne umeblowanie groteskowo kontrastuje z szarym i ubogim światem na zewnątrz. Życie w przepychu napawa mnie odrazą. Zwłaszcza teraz, gdy świat jest tak biedny i cierpi. Ale moi rodzice uważają, że bogactwo trzeba eksponować. I wobec tego mieszkamy w 2-piętrowym domu, pełnym drogich mebli, ozdób i innych głupot.
       Nienawidzę tego domu. Tego bogactwa. Świat jest zniszczony przez ludzi i żywioły, niektórzy mieszkają na ulicach, miliony ludzi zmarło, a ja mieszkam w domu, w którym salon ma jakieś 100 metrów kwadratowych.
       Ale z drugiej strony to jedno z nielicznych miejsc, w których mogę trochę odpocząć. Jego wielkość i położenie z daleka od reszty osiedli sprawia, że uczucia innych rzadko mnie tu dosięgają. Do impulsów docierających od rodziców i Petera już się przyzwyczaiłam. W pewnym stopniu nauczyłam się to nawet ignorować. Są jak szum w radiu. Początkowo irytujący i denerwujący, z czasem staje się częścią monotonii. Ich uczucia są dla mnie jak cichy szum radia w tle. Docierają do mnie tylko te silniejsze, gwałtowniejsze emocje.
       Nienawidzę tego miejsca, ale jednocześnie jest ono jednym z niewielu miejsc, gdzie mogę odpocząć.
       Jest jak więzienie.
       Jestem uwięziona, nie będąc ani związaną, ani zamkniętą. Mój dom jest moim więzieniem, narzuconym mi przez własny umysł i ciało.
- Jedz póki ciepłe! - Peter stawia przede mną talerz z czymś o konsystencji budyniu. - Po tym szpitalu lepiej nie jedz nic zbyt ostrego ani nic.
       Kiwam głową i posłusznie zaczynam jeść. Teraz już i tak nie można liczyć na zbyt wykwintne potrawy. Przez zmiany pogodowe większość warzyw i owoców znikła.
       Zjadam kilka łyżek i odstawiam talerz. Pobyty w szpitalu zabijają apetyt. Opierając się o stół wstaję powoli. Biorę do ręki prawie pełne naczynie i kieruję się do kuchni. Ruchem głowy zatrzymuję brata zbliżającego się w moją stronę z zamiarem pomocy. Nie zabiera mi talerza, ale idzie za mną i asekuruje mnie.
       Kolana się pode mną uginają, głowa mi pęka, ręce się trzęsą. Środki znieczulające i przeciwbólowe jeszcze nie do końca przestały działać. W głowie czuję jeszcze większy mętlik niż podczas przebywania w dużym tłumie. Peter wyczuwa, że słabnę. Chwilę później siedzę na krześle, a Peter wraca z kuchni i bierze mnie na ręce.
- Pewnie nadal masz straty w krwi, co?
       Kiwam głową i zamykam oczy. Uczucie karuzeli w mózgu powoli mija, pozostawiając mój umysł w stanie rozchwiania. Morfina już prawie całkowicie opuściła moje ciało. Przez uczucia Petera, otulające mnie niczym druga skóra, docierają do mnie niechciane emocje rodziców. Wstyd matki, że ma taką córkę. Pobłażliwość ojca. Bo to przecież tylko moje dziwactwa...
       Mijamy pierwsze piętro i wchodzimy na schody wiodące na strych. Są tu tylko 3 pomieszczenia - nasze pokoje i łazienka. Brat niesie mnie do drzwi na wprost schodów. To mój pokój. Ciągnie się wzdłuż krótszej ściany piętra, przez co jest ponad dwukrotnie mniejszy od pokoju Petera. Nie przeszkadza mi fakt, że jest najmniejszym pomieszczeniem w domu. Wręcz przeciwnie. Pomaga mi ta myśl.
      
       Leżę na łóżku, dłońmi bawiąc się lekko nową pościelą. Bordowa. Gdy ostatnio byłam w tym pokoju, błękitną pościel ozdabiały małe strumyki mojej krwi. Wiły się po tej jasnej powierzchni niczym małe, kręte dróżki, zachęcając do podążania ich śladem.
       Kolejny raz nimi przeszłam.
       I kolejny raz przeżyłam rozczarowanie.
       Obudziłam się żywa...
       Pokój ulokowany jest tak, że na 3 jego ścianach są okna. Taka ilość światła źle na mnie działała, dlatego teraz dwie z nich zasłonięte są grubymi, czarnymi zasłonami. Nie zasłoniłam tylko tej naprzeciwko drzwi, która prawie w całości składa się z okien. Zaczynają się na wysokości mojego pasa i ciągną po sam sufit.
- Przyszedłem sprawdzić co u ciebie. - Przez jedne z dwojga drzwi zagląda do mnie Peter. Kiedyś uparł się, żeby pomiędzy naszymi pokojami były drzwi. Dzięki nim szybciej może być przy mnie, gdy dzieje się ze mną coś złego.
       A dzieje się często.
       Podnoszę do góry kciuk. Peter rozumie prawie każdy mój gest. Z nim nie wszystko muszę pisać na kartkach.
- Nie udawaj młoda - mówi smutnym głosem. Podchodzi do mojego łóżka i siada na jego brzegu. Bierze mnie za rękę.
       On jeden nie boi się, że coś mu zrobię. I może dlatego nie stanowię dla niego większego zagrożenia. Hamuję się, a on mi ufa. Czuję jego uczucia. Nic więcej.
- Czemu?
       Ruchem głowy wskazuję okno. Brat spogląda w tamtą stronę. Marszczy brwi, a po chwili szeroko otwiera oczy. Zobaczył to.
       Półtora kilometra od naszego domu jest łańcuch małych gór. A raczej był. Wtedy, tydzień temu bezwzględność ludzka osiągnęła szczyt.
       Wysadzili go.
       Wysadzili część łańcucha. Echo wybuchu poniosło się ponad Ziemią jak mgła. Huk tysiąca armat potoczył się zwalając po swojej drodze wszystkich na kolana.
       Ale bardziej niż ogłuszający huk wybuchu zabolał mnie krzyk Ziemi, przeznaczony tylko dla moich uszu. Dźwięk przypominający ryk tysięcy gardeł wyjących w rozpaczy prostu do mojego umysłu.
       Przez ponad godzinę nic nie widziałam. A przez kolejnych kilka słyszałam tylko ten jeden, pełen bólu i rozpaczy krzyk. Rozsadzał mi głowę, wyciskał z oczu łzy.
       Podobno sama zaczęłam krzyczeć. Nie wiem. Pamiętam tylko jaką ulgą było rozcięcie skóry. I jak przyjemnie było osunąć się w nieświadomość. Moją jedyną ucieczkę od otaczającego mnie i trującego świata.
- O ludzie. - Peter patrzy na mnie przerażony. Domyślił się, że to musiało mnie piekielnie boleć. Ale nawet on nie ma pojęcia jak bardzo... - Boże... Współczuję Vivi. To musiało być potworne.
       Przytula mnie do siebie. Czuję jego ból. Ból, że mnie to wszystko spotkało. Złość na siebie samego, że go ze mną nie było. Ale też siłę. Siłę i wiarę we mnie.
       Wiarę, że mimo wszystko dam radę. Że jestem ponad to.
       Dzięki temu ból trochę odchodzi. A ja odpadam w ciemność.
       Tym razem zasypiam.
       "Proszę, nie chcę się znów obudzić...".


wtorek, 28 kwietnia 2015

* Rozdział 4. - Łzy Ziemi

       Na dworzu jest już ciemno. Nie wiem, czy dlatego, że szybko się ściemnia, czy dlatego, że jest już późno. Teraz wszystko jest możliwe. Bywają dni podczas których słońce nie świeci i noce bez księżyca. Są zimy upalniejsze od lata, i wakacje niczym na Antarktydzie... Chociaż... Lepiej powiedzieć jak dawna Antarktyda. Teraz jest to wyspa niczym nie różniąca się od reszty lądów.
       Ludzie tak bardzo skrzywdzili Ziemię...
       A ona w proteście tylko płacze...
       Płacze czarnymi niczym smoła łzami, które jednak mają się przysłużyć ludzkości.
       Jestem jedną z takich łez...

- Cieszysz się, że wychodzisz, Vivien?
       Patrzę przed siebie nawet nie trudząc się na odpowiedź. I tak nic bym nie powiedziała. Siedzę na wózku, który Sonia popycha przed sobą. Wypisali mnie. Doktor Santiago powiedział zarządowi, że zaczęłam mówić. To chyba trochę przesadne określenie po usłyszeniu jednego słowa, ale nie zamierzam narzekać. I tak niedługo pewnie tu wrócę.
       Przechodzimy przez drzwi oddzielające część zamkniętą zakładu od głównego holu. Rzadko tu bywam. Z reguły jestem tak odurzona lekami, że nie jestem w stanie chodzić samodzielnie.
       Wita mnie widok rodziców i Petera - mojego brata. Czuję zakłopotanie matki, które równie wyraźnie mogę wyczytać z jej twarzy. Wstydzi się. Kolejny raz musi odbierać z tego miejsca chorą psychicznie córkę. Powinno mnie to boleć. Własna matka się mnie wstydzi. Ale to nie boli. Czułam to już tyle razy, że przyjmuję to ze spokojem.
       Od strony ojca napływa do mnie fala współczucia. Niepokoi się o moje zdrowie fizyczne. Zawsze uważa mnie za swoją małą dziewczynkę. A to, co inni uważają za chorobę psychiczną, on nazywa moimi małymi dziwactwami. Dzięki niemu czasami potrafię myśleć o sobie jak o człowieku.
       Ponad wszystkim przebija się wielka fala radości. Udarza we mnie wypychając z mojego umysłu resztki morfiny i innych psychotropów. To Peter cieszy się na mój widok. On jeden. Widząc jego szeroki uśmiech nie mogę powstrzymać lekkiego uśmiechu wypływającego na moje wargi. Jego radość staje się moją radością.
       I nie mam nic przeciwko temu.
- Vivi!
       Podbiega po mnie i porywa mnie z wózka. Przyciska mnie do siebie i obracamy się w kółko, wirując niczym spadające z klonu liście, które były moimi jedynymi towarzyszami samotności.
       Stawia mnie na ziemi, ale nadal mnie mocno trzyma, a radość, którą czuję, nie jest już tylko uczuciem płynącym od Petera. To jest też moja własna radość, wypełniająca mnie tak bardzo, że przez te kilka sekund moje ciało nie absorbuje już nic więcej.
       Jestem szczęśliwa.
       Bo nareszcie stąd wyjdę. Bo siedzenie w 4 ścianach wcale mi nie pomaga. Bo już nie będę sama. Bo brat jest obok mnie.
       Ale po chwili dociera do mnie zdumienie wymieszane z przerażeniem. Santiago i Sonia patrzą na nasze powitanie szeroko otwartymi oczami. Pielęgniarka już kilka razy widziała jak bardzo przeżywam spotkanie z bratem. Ale dla lekarza to nowość. Chyba po raz pierwszy zobaczył, jak dotyka mnie ktoś inny poza Sonią, która i tak robi to tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne.
- Nie było mnie 3 dni i co? I gdy wracam słyszę, że znów tu siedzisz - mówi lekko żartobliwym tonem, ale czuję, że się martwił. Jak zawsze.
       Wzruszam lekko ramionami i unoszę jeden kącik ust w formie uśmiechu. Peter kręci głową i przygarnia mnie do siebie ramieniem. Nie mogę samodzielnie iść, więc bierze mnie na ręce i wynosi ze szpitala na oczach oniemiałych z wrażenia lekarzy i pielęgniarek.
- Jak on... ?
       Nie słyszę pytania lekarza. Jesteśmy już na zewnątrz. Ten wieczór jest wyjątkowo ciepły i ciemny. W powietrzu czuć deszcz. Szpital otoczony jest parkiem, na który składają się teraz obdarte z liści drzewa. Stoją i wznoszą do nieba błagalne prośby o zwrot dzieci. Ale niebo nie słucha.
       Tak jak mnie nie słuchają, gdy staram się ich przekonać, że nie jestem psychicznie chora.
       Jedynie Peter mnie rozumie. On wie. Wie i w przeciwieństwie do reszty świata nie uważa mnie za potwora.
       Uśmiecham się do niego z wdzięcznością, gdy pomaga mi zapiąć pasy w samochodzie. Siada obok mnie. Chwyta moją dłoń i ściska ją uspokajająco.
- Jak tym razem...?
       Wyciągam z odzyskanej torebki bloczek kartek i wieczne pióro. Moja dłoń kreśli delikatne, czarne wzory na czystej powierzchni kartki. Pokazuję bratu napisane przed chwilą pytanie.
- "Nie powiedzieli Ci?".
- Nie. A kiedy chciałem cię odwiedzić powiedzieli, że jesteś na oddziale zamkniętym.
       Nie odpowiadam. Spokojnie odkładam to, co mam w dłoniach, na siedzenie obok. Podciągam rękawy.
       Więcej nic nie trzeba. Peter rozumie. Czuję to i widzę po jego oczach.
       Czuję jego współczucie i rozpacz. Napełniają mnie i już po chwili są moje. To moje współczucie i moja rozpacz.
       Wiem, że zrozumiał co się stało. To rodzice zawieźli mnie do szpitala.
       Znów.
       Wie też dlaczego - miałam próbę samobójczą.
       Znów.
       Ten świat mnie zabija. Jego trucizna wsiąka we mnie codziennie od wielu lat. Doprowadza mnie do krawędzi. Do krawędzi, z której już sama chcę spaść.
       Ale nie mogę.
       Jedynym wyjściem jest samobójstwo. A z niewiadomych mi przyczyn tego nie mogę zrobić.
       Nie mogę się zabić.
       Choć już sama nie wiem jak wiele razy tego próbowałam.
       Choć nikt nie ma pojęcia jak bardzo tego pragnę.